[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Pokaż mi ciało! Dalej, pokaż mi zwłoki Menheriona, mogę je chyba zobaczyć?  nim
rozmówca zdążył przemówić, monarcha sam udzielił sobie odpowiedzi.  Nie pokarzesz mi
ich z tej prostej przyczyny, iż nie wiesz gdzie się znajdują, prawda?
Kron milczał, spoglądając ponuro na triumfującego mężczyznę, który kontynuował:
- Nie wiem co chciałeś osiągnąć, inscenizując to przedstawienie, czy raczej
jarmarczny cyrk. Być może jesteś w zmowie z Uzielem i obaj uknuliście ten spisek. Wiesz
jednak doskonale, iż nie możesz na stałe sprawować urzędu arcykapłana. Doskonale o tym
wiesz! Jesteś idiotą! Twój żałosny plan, jakikolwiek by nie był...
Wojownik w ciągu ułamka sekundy zerwał się z zajmowanego przez siebie miejsca i
potężnym ciosem pięści powalił zaskoczonego rozmówcę na podłogę. Krew, obficie
buchająca z roztrzaskanego nosa, momentalnie zalała twarz rannego, który niezdarnie
próbował wrócić do pozycji wyprostowanej. Kolejny cios, tym razem jeszcze silniejszy,
dosięgnął brzucha nieszczęśnika, pozbawiając go tym samym tchu. Kron przyklęknął przy
rannym, jedną ręką chwytając go za krtań, drugą zaś gotując do zadania następnego razu.
Spojrzał głęboko w wypełnione mieszanką przerażenia, wściekłości oraz bólu oczy monarchy
i zwalniając nieco uścisk, spytał:
- Skąd to wiesz?
- Oszalałeś! Czy ty wiesz...
Dalsze słowa przerwał krótki, aczkolwiek silny okrzyk bólu, to pięść wojownika z
impetem rąbnęła w szczękę przesłuchiwanego. Kron ponowił swoje pytanie, pozwalając
uprzednio, aby jego ofiara wypluła dwa wybite przed momentem zęby.
- Dostałem list...  odpowiedział mężczyzna, dysząc przy tym ciężko.  Dostarczył
go... Zaufany człowiek Menheriona, nie znam go...
- Jesteś zmęczony, królu. Musisz wypocząć... STRAAAA%7ł!
Po chwili do komnaty wpadła czwórka strażników. W pierwszym momencie stanęli
całkowicie zaskoczeni zastanym stanem rzeczy, szybko jednak oprzytomnieli, pozwalając,
aby górę nad uczuciami wzięło wyćwiczone przez lata służby poczucie obowiązku.
- Na rozkaz!
- Zabierzcie stąd tego głupca, niech ktoś go opatrzy. Macie trzymać go pod kluczem w
jednej z komnat gościnnych w zachodniej wieży. Nie muszę wam chyba mówić, że wszystko
ma się odbyć po cichu....
- Tak jest.
Po dłuższej chwili wahania jeden z mężczyzn chwycił rannego za ramię i podnosząc
go brutalnie z posadzki, rzekł:
- Idziemy!
Król, całkowicie otumaniony przenikliwym bólem, którego do tej pory nie zaznał zbyt
wiele w swym życiu, pozwolił się wyprowadzić bez słowa protestu. Kron rzucił mu pełne
pogardy spojrzenie, po czym usiadł ciężko na najbliższym fotelu. Cokolwiek miało się
wydarzyć, z całą pewnością będzie to kwestia najbliższych dni...
28
***
Mężczyzna bacznie przyglądał się dwójce wędrowców siedzących przy stole po
przeciwnej stronie opustoszałej sali. Mimo, iż zmrok zapadł już stosunkowo dawno,
karczmarz nie kwapił się do rozświetlenia tonącego w aksamitnym mroku pomieszczenia.
Zapalił jedynie świece ustawione przy szynkwasie oraz te na stole zajmowanym przez
przybyszów. Skryty w mroku obserwator pochwalił go za to w duchu. Ta odrobina światła
całkowicie mu wystarczyła, aby mógł dokładnie przyjrzeć się twarzom nieproszonych gości.
Natychmiast rozpoznał jednego z nich, wolał jednak poobserwować go jeszcze trochę, aby
mieć całkowitą pewność. O pomyłce nie mogło być jednak mowy, pomimo upływu lat twarz
jego dawnego towarzysza zachowała te same, szlachetne rysy. To musiał być on. Powoli,
bezszelestnie podniósł się ze swego miejsca i nie zważając na otaczającą go ciemność ruszył
pewnie w stronę schodów. Gdy tylko znalazł się na piętrze ruszył pewnym krokiem, aż do
końca korytarza, rozświetlonego wpadającym przez okno księżycowym blaskiem. Tam stanął
przed masywnymi drzwiami i zapukał w nie cicho umówionym sygnałem. Po dłuższej chwili
otworzył mu mężczyzna dzierżący świecznik, pytając przy tym poważnie:
- Co się stało?
- Widziałem Grifa.
- Ale... Przecież...
- Nie mam żadnych wątpliwości, przyjrzałem się mu uważnie. Był w towarzystwie
jakiegoś łysego pokurcza.
- Masz szczęście, że nasz pan nie może zasnąć. Musi natychmiast usłyszeć tę nowinę!
Obaj ruszyli pośpiesznie w stronę drzwi prowadzących do kolejnej, znacznie
mniejszej, izby. Pierwszy wkroczył do niej mężczyzna z świecznikiem, mdły blask świec padł
na dwójkę jego towarzyszy czuwających przy łóżku zajmowanym przez rannego, który spytał
słabym głosem:
- Co... się stało?
- Twój syn jest tutaj, arcykapłanie.
- Pozwólcie... mi pomyśleć...
Czwórka sług w milczeniu przyglądała się oddychającemu z trudem starcowi.
Menherion po dłuższej chwili wysapał pełnym bólu głosem: [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • razem.keep.pl